01.06.2016

Mieczysław Jastrun


Do dziecka

Wszystko najlepsze w człowieku,
W tysiącu mężczyzn i kobiet,
W oczach, we włosach, w uśmiechu –
Jest w tobie.

Wszystkie najczulsze wyrazy,
Wiosna na ziemi i niebie,
Morza i gór krajobrazy
Dla ciebie.

Ty masz niespełna trzy lata
I tysiąc lat masz i więcej.
Początkiem i końcem świata
Twe serce.

Ty jesteś jabłkiem i drzewem,
Obłokiem, gwiazdą, rozumem.
Przez ciebie to, czego nie wiem,
Już umiem.


z tomu "Poezja i prawda", 1955
Józef Baran



Ojciec

nigdy nie dowierzałem
że są z tej samej gliny co ja

jakie one są myślałem
przechodząc obok ich tajemniczej poświaty
jak zimowy przechodzień
obok oświetlonego okna

teraz uważnie przyglądam się
córeczce

wyrosła odnogą z mojej prawej komory serca
bawi się spokojnie w moim cieniu
jak oswojone tygrysiątko
które nie podrywa się nie biegnie w noc
gdy usłyszy zew

niewinne przebieranie się przeglądanie w lusterkach
podrygiwanie w takt muzyki to wszystko
nie zakłóca jeszcze naturalnego
zrównania płci które w niej się dokonało

jej ciało jest moim ciałem
leżymy w łóżku córeczka przytula się do mnie
gdy ją kąpię dotykam jej jak siebie
i ona nie zakrywa oczu patrząc na mnie

a więc kobieta to taki sam człowiek jak ja
- myślę
i jestem bliski odkrycia nie znanej mi przedtem
prawdy


z tomu "W błysku zapałki", 1979
Dora Gabe


Radość

Z piętra nade mną
sypią się kroczki:
przeszło dziecko.

O ty, radości,
co rozdzwaniasz
kryształy
mojego świecznika,
że z każdym krokiem
nowy ptak w nim śpiewa!

Zamilknijcie na półkach
moje książki,
ukryjcie w sobie mądrość
i wy, rękopisy i listy
w archiwach,
przyciszcie swój głos:
dziecko się narodziło między nami
i już stąpa pierwszymi kroczkami,
i śpiewa pieśnią słowika
w kryształach mego świecznika.
Nie wierzycie?
Wstydźcie się swej niewiary,
serce wierzy,
niechaj ono gada!


tłum. z bułgarskiego Anna Kamieńska
KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI
Donald Zolan


Poemat o Chrystusie dziecięcym
(fragmenty)

Dzieci w oczach noszą chabry
I powagę troglodyty.
Dzieci w oczach noszą prawdę,
Noszą białe, spełzłe mity.
Dzieci mają rączki kociąt,
Brodzą po kolana w śnie.
Odpływają okrętami,
Odpływają pod żaglami
Każdym liściem w jasny dzień.
Po błękitnych brodzą grzechach,
Po zielonych brzegach brodzą,
Okrętami z łup orzecha
Na bieguny snów odchodzą.
Na kolebkach białych pieśni
Złote kule niebem tocząc.
Dzieci noszą w oczach chabry,
Dzieci Boga noszą w oczach.

31.05.2016

Halina Poświatowska 
Joanna Sierko-Filipowska

(trzeba... )


***
no uśmiechnij się jeszcze

trzeba uśmiechu

prosiłam cię o łzę przedwczoraj

wczoraj - o uścisk

dzisiaj - o uśmiech


nie próbuj zatrzymać w dłoni

wątłych skrzydeł motyla

choćby usiadł ci na sukni

nie próbuj zacisnąć w dłoni

pozwól mu wytchnąć chwilę

i pożegnaj uśmiechem


trzeba...

tak to wiem

że dużo trudniej o uśmiech
Julia Hartwig

Po prostu

 Na wszystko przyjdzie pora

Ale nie przyjdzie czas wskrzeszenia pierwszych nadziei

i pierwszych miłości

ani utrwalenia w słowach tego co przebiega ci przez głowę jak wiatr

i bywa przeczuciem jakiejś ważnej prawdy

lecz umyka tak szybko jakoby swawoliło

Przychodzi jednak nieodwołalnie pora

kiedy po kolei tracić zaczynasz wszystko co kochałeś

i wszystkich którzy odchodząc stąd

nie wyjawiają ci czy odchodzą zawiedzeni

Przychodzi ten czas

a ty przyjmujesz go bez wstydu i pokory

ot tak po prostu

30.05.2016

Wincenty Faber 

Mariska Karto

Waga

 Twoje ciało
 przepływa przez noc
 jak na rzece wezbranej czółno.
 Potem chwila
 rozjaśnia się nagle
 jakby słońce
 uderzyło o północ.

 Twoje ciało
 a tak go niewiele
 gdy się uścisk
 w łagodność rozplata,
 a jest szalą,
 która równoważy
 całą brutalność świata.
Ernest Bryll 


(Skąd to zmęczenie...)

*** 
 Skąd to zmęczenie w nas każdego rana

Jakby każda noc była nie przespana

Skąd twarze takie szare, skąd oczy takie stare

Czemu gonimy tacy zadyszani,

Jakby się nam ta ziemia chwiała pod stopami

I skąd to, że nie wiemy, dokąd tak biegniemy.

Stąd ten krzyk - szybciej, szybciej. Inaczej padniemy...



Asnyk Adam

Vicente Romero Redondo

Marzenie poranne

 Siedziała w ogrodzie w półświetle, w półcieniu,
 Przy blasku wschodzącej jutrzenki,
 Wśród ciszy porannej oddana marzeniu,
 Słuchając słowika piosenki.

 Marzyła o szczęściu, miłości - tak trocha,
 Bo o czymże można by innym?
 Wszak każda dziewczyna, choć jeszcze nie kocha,
 Marzeniem się bawi niewinnym.

 Tęsknota, niepokój i dziwne żądania
 Nieznanych a słodkich upojeń
 Budziły w jej sercu odblaskiem świtania
 Girlandy tęczowych urojeń.

 I piła skwapliwie te wonie, te fale
 Powietrza, co pierś jej wznosiły,
 I mocniej błyszczały jej ustek korale
 I żywiej się oczy paliły.

 Patrzała na kwiaty, co jasne z uśmiechem
 Skłaniały kielichy miłośnie,
 I dzieląc się wonnym rozkoszy oddechem,
 Szeptały o szczęściu i wiośnie.

 Widziała konwalię dziewiczą, jak drżała,
 Łzy lejąc z drobnego kielicha,
 W objęciach wietrzyka, a choć tak nieśmiała,
 Jednakże coś pragnie i wzdycha.

 A dalej narcyzy tak piękne, urocze...
 Że muszą samotne pozostać,
 Więc główki zwiesiły nad wody przeźrocze,
 Ścigając odbitą w niej postać.

 Tam znowu fijołki, kryjące się w trawie;
 Tak dobrze tej cichej rodzinie!
 Nie myśli o próżnej wielkości i sławie,
 Lecz żyje dla siebie jedynie.

 Tak marząc o kwiatach i tonąc w marzeniach,
 Oparła na ręku swą głowę
 I chmurki śledziła w słonecznych promieniach
 To srebrne, to znowu różowe.

 Wtem widzi zdziwiona: że z słońca promieni
 W jej oczach gmach staje złocisty,
 Z kopułą szafirów, z ścianami z zieleni,
 A cały jak kryształ przejrzysty.

 Kolumny - to palmy splecione w arkady
 Przez liany i bluszcze wiszące,
 Schodami - srebrzyste ściekają kaskady,
 Posadzką - mozajki kwitnące.

 I widzi strwożona, jak kwiatów kielichy
 Ludzkimi ją mierzą oczami,
 I widzi rój sylfów skrzydlaty i cichy -
 Jak igra w powietrzu z tęczami.

 A jeden z narcyzów rosami wilgotny
 W pięknego młodzieńca się zmienia,
 Lecz skrzydeł nie dostał i usiadł samotny
 Nad brzegiem srebrnego strumienia.

 I widzi wzruszona, jak wiatrom się skarży:
 Że nie ma na świecie nikogo...
 I słyszy westchnienia i w myślach się waży,
 A tak jej smutno i błogo.

 Nad litość nic nie ma na ziemi świętszego,
 Więc litość skłoniła dziewczynę,
 Że wstała powoli i poszła do niego
 Zapytać o smutku przyczynę.

 Słyszała jak przez sen wyrazy namiętne,
 Co śpiewnym pieściły ją echem,
 I oczy widziała tak piękne a smętne,
 Że odejść byłoby, ach! grzechem.

 Słyszała, jak mówił: "Ty jesteś wybraną,
 By nowe ukazać mi życie
 I duszę na wieczną tęsknotę skazaną
 W niebiańskim pogrążyć zachwycie.

 Ty jedna! ach! możesz, na ziemi ty jedna!
 Otworzyć mi nieba podwoje,
 Twa miłość nam władzę cudowną wyjedna,
 I skrzydła dostaniem oboje".

 To wszystko słyszała jak w sennym marzeniu -
 I uciec, i zostać by chciała,
 Aż wreszcie uległa słodkiemu wzruszeniu
 I rękę nieśmiało podała.

 Podała - i nagle spostrzegła z podziwem,
 Że lecą oboje dłoń w dłoni,
 Złączeni swych skrzydeł tęczowym ogniwem
 W obłoku jasności i woni.

 A wszystko się przed nią roztapia w blask słońca,
 Pierś samą oddycha rozkoszą,
 Kraina cudowna, bez końca - bez końca,
 A skrzydła ją w górę unoszą;

 I płyną wciąż razem w błękitne etery
 Po szlakach przestrzeni gwiaździstych,
 A pieśni - nadziemskie śpiewają im sfery
 O ducha pragnieniach wieczystych.

 Więc czuje: że serce wyrywa się z łona,
 Że nadmiar uczucia pierś tłoczy,
 Wśród jasnych błękitów, gwiazd złotych, stęskniona
 Na niego podniosła swe oczy.

 I wzrokiem spoczęła w młodzieńca spojrzeniu,
 Co ognia płynęło falami,
 I w sennej ekstazy bezbrzeżnym pragnieniu
 Ust jego dotknęła ustami.

 Wtem wszystko przepada... i widzi, o dziwy -
 Świat jasnych urojeń znikniony!
 I siebie zmienioną w krzak brzydkiej pokrzywy,
 A młodzian stał w oset zmieniony.

 W rozpaczy i wstydzie chce płakać - nic zdoła;
 Cóż będzie nieszczęsna robiła?
 Wtem słyszy z radością, że matka ją woła,
 I nagle się ze snu zbudziła -
 I poszła zapytać do matki, co znaczy
 Sen dziwny o takiej przygodzie.
 A matka z uśmiechem swej córce tłumaczy,
 Że marzyć nie trzeba w ogrodzie.


1869 rok

28.05.2016

Anna Kamieńska


Bezdroże

Widzę jak kroczy po wodzie po chmurach
to szczególne załamanie światła
jakiego nie odnalazł nikt z Rembrandtów
naszą sprawą jest tonąć i krzyczeć
a On spokojny nie boi się naszego zwątpienia
idzie każdym bezdrożem
bo jest drogą
Anna Kamieńska


 Twoja obecność

Poznaję twoją obecność po tym,
że powietrze zastyga w wielościany,
co chwila odgradzając nas i znowu łącząc.
Te bryły przenikają się,
i w ich splątanej sieci
zawisamy nachyleni ku sobie.
Bryłościany
powtarzają bezradny tłum naszych rąk, ust.
Te architektury przestrzenne najpierw
zdradzają mi twoją obecność.
Jest już blisko
cały twój krajobraz rozległy.
Czytam w kraterach twojej skóry,
wędruję po płowych pasmach brwi.
To nie to, że nie mogę
przewidzieć ruchu twych gałek ocznych
ani przeniknąć do dna źrenic.
To już było:
jesteśmy samotni.
Leżysz osłonięty dymem
jak drzewo z korą rozoraną,
jakby otaczał cię trzepot skrzydeł.
Biegnę do twych narodzin
i przeprowadzam cię za rękę
poprzez własne twe losy.
Przez miasta, których topografii nie znam,
więc nie dziw, że błądzę
przez ogrody obce i śniegi,
przez zamarznięte rzeki,
przez twoje piachy
i przez twoje wapienne doły.
Wzięłam za rękę chłopczyka,
a przyprowadziłam męża.
Moje ciało jeszcze kwitnie.
Ale wychylam się zeń
już ku swej starości pajęczej,
szukając cię koło siebie.
I choć to nazwiesz zuchwalstwem
i niemożliwością —
wychylam się jeszcze,

jeszcze dalej.