23.10.2014

Na pożegnanie
Jaroslav Seifert

Do miliona wierszy na świecie
 dorzuciłem tylko parę strof.
Nie były ani trochę mądrzejsze niż piosnka świerszczy.
Wiem. Wybaczcie mi.
Już kończę.

Nie były to nawet pierwsze ślady stóp
w księżycowym pyle.
Jeśli mimo to czasem zalśniły,
nie było to ich własne światło.
Kochałem tę mowę.

Ona zaś, skoro zmusiła milczące usta,
aby zadrżały,
bez trudu zachęci zakochanych do pocałunków,
jeśli błąkają się po ziemi wśród zorzy,
gdzie słońce zachodzi wolniej
niż w tropikach.

Poezja towarzyszy nam od początku.
Jak kochanie,
jak głód, jak zaraza, jak wojna.
Czasami moje wiersze były tak szalone,
że aż wstyd!

Ani myślę się usprawiedliwiać!
Wiem, że znajdować piękne słowa
lepiej,
niż zabijać i mordować.

przekład z czeskiego: Andrzej Czcibor-Piorrowski

22.10.2014

   Przemiana     
Anna Kamieńska       
 
Przemienić się
wywrócić jak rękawica
okręcić jak planeta
przewlec siebie przez siebie
aby każdy dzień przeniknął przez każdą noc
aby każde słowo przebiegło na drugą stronę prawdy
aby każdy wiersz wyszedł z siebie
i zaświecił osobno
i aby twarz wsparta na ręku
wypotniała na wewnętrzną stronę dłoni

Aby to pióro
przeoblekło się w samo milczenie
chciałam powiedzieć w miłość

Spaść z konia
twarz umazać w pyle
oślepnąć
wstać
i dać się prowadzić
jak ślepy Szaweł
do Damaszku

18.10.2014

Apoteoza języka
 Bolesław Fac

Świętości
Na kolana przed nią upadaj!
To nie narzędzie smaku
ani grzbiet dla kęsów
Również obrazy (przez obraz jego wysunięty)
nie traktuj poważnie

Dzieciom sprawia tyle trudności –
sepleniąc syczący
przewraca słowa do góry dnem
szeleści też obcym
(liśćmi drzew oddychają strumyki naszej mowy)

Co mnie zwyczajnie przynosi:
- miast myśli niespokojnych -
kształt uprzejmości
w zwyczaju grzeczne słowo

Co mnie zwyczajnie wynosi
nad wyobraźnię
w SŁOWO
święty święty
język zastępów
zastępczy


z tomu „Zegar w brzuchu Jonasza”, 1980

17.10.2014

 A kiedy…
 Mariusz Mitera


A kiedy nie będzie już
nieba,
na głowy spadnie
nam ciemność.

A kiedy nie będzie już
nocy,
nie będzie także
i dnia.

A potem nie będzie
już ciebie,
więc po co mi
noc czy dzień.

A kiedy nie będzie już
ciebie,
nie będzie nigdy
już mnie.

A wtedy nie będzie już
nic,
odpowiedz więc

po co mam żyć.
 Dziadek w domu starców
William Stanley Merwin


Na koniec łagodny, czystszy niż kiedykolwiek,

nie potrzebował nawet ciągnąć więcej z butli,

a dobrzy synkowie poczuli się ciut luźniej

i przynieśli mu tytoń do żucia, gdy przyszli

dwa razy stwierdzić, że ma tu świetną opiekę.

On się uśmiechał cały czas na przypomnienie

babki, swej żony, odzianej w prawdziwą wiarę

jak w żelazną koszulę nocną, choć rodziła

siedem razy i zarabiała na rodzinę

przez uszko swojej igły, kiedy on wyruszał

na zieloną rzekę, szukać kierunków rzecznym

statkom. I wracał czasem z całkiem niezłą forsą

ale pijany w sztok, i chował cały chleb

i strzelał do wiadra, córkom każąc wciąż

pompować wodę. Ciągle uśmiechał się życzliwie przez

sen, leżąc obok innych czystych starych mężczyzn,

widząc babkę, co wieczór tę samą, ogromną

w swej starości, jak przychodziła z obwisłymi

ustami, nienawidząc rzeki, wypełniając

swym wzrokiem jego płynny sen, gdy on się zmieniał

w wodę – oboje już skurczyli się na powrót

do rozmiarów dziecka – a dzieci z nich poczęte,

o twarzach starych już, stanęły przy niej rzędem,

międląc swe małe Biblie aż mu się umarło.
Józef Baran
*** Najszczęśliwsi daltoniści....

najszczęśliwsi daltoniści
i ci co widzą wszystko
w czerniach albo bieli

adwokat serc
ma wątpliwości
rozczepia czerń na podkolory
i dziewicza biel wydaje mu się skłamana

zanim oddzieli dobro od zła
przemija życie
czuje się powiązany
setką niewidzialnych nitek
ze swymi nieprzyjaciółmi

po nocach rozsupłuje
węzły gordyjskie
które można przeciąć
tasakiem

pcha swój kamień
pod górę serca
i ciągle z nim spada
gdy inni z lekkim sercem
kamienują winnych
a następnie są przez nich
ukamienowani

15.10.2014

Stanisław Grochowiak

***
Dla zakochanych to samo staranie — co dla umarłych,
Desek potrzeba zaledwie też sześć,
Ta sama ilość przyćmionego światła.

Dla zakochanych te same zasługi — co dla umarłych,
Pokój z miłością otoczcie bojaźnią,
Dzieciom zabrońcie przystępu.

Dla zakochanych — posępnych w radości — te same suknie.
Nim drzwi zatrzasną,
Nim zasypią ziemię,

Najcięższy brokat odpadnie z ich ciał.
Tadeusz Różewicz
Роман Величко

***
Czas na mnie
czas nagli

co ze sobą zabrać
na tamten brzeg

nic

więc to już
wszystko
mamo

tak synku
to już wszystko

a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie


tak całe życie

10.10.2014

Brewiarz IV
Zbigniew Herbert


Panie,
wiem że dni moje są policzone
zostało ich niewiele
Tyle żebym zdążył jeszcze zebrać piasek
którym przykryją mi twarz

nie zdążę już
zadośćuczynić skrzywdzonym
ani przeprosić tych wszystkich
którym wyrządziłem zło
dlatego smutna jest moja dusza

życie moje
powinno zatoczyć koło
zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata
a teraz widzę dokładnie
na moment przed codą
porwane akordy
źle zestawione kolory i słowa
jazgot dysonans
języki chaosu

dlaczego
życie moje
nie było jak kręgi na wodzie
obudzonym w nieskończonych głębiach
początkiem który rośnie
układa się w słoje stopnie fałdy
by skonać spokojnie
u twoich nieodgadnionych kolan


Epilog Burzy, Wrocław 1998
Jarosław Iwaszkiewicz

***
Umrzeć trzeba — lecz lepiej i trudniej
Jest żyć, dla innych istnieć i dla siebie,
I patrzeć w górskie pogodne południe,
Jak wielkie białe kępy topnieją na niebie.

Patrzeć w siebie? A po co? Tam zrównoważone
Wszystkie noce i dzionki śpią jak owce w stajni.
Siąść przy drodze pod kopą świeżo ustawioną
I patrzeć, jak mijają mnie ludzie zwyczajni —

To wszystko. To jest życie, ni mniej ani więcej.
Nie trzeba gór ogarniać wzrokiem pożegnalnym.
Jeżeli można jeszcze — to kochać goręcej:
Czasami dzień pod wieczór staje się upalny.

Wiersze: Dzieła, 1977

08.10.2014

koniec
 Ks. Jan Twardowski

Co się spotkało a potem rozeszło
co było razem by biec w różne strony
szczęście co nagłe rozdarło się w środku
chociaż żegnając kocha się najdłużej
bliscy co potem wydają się obcy
i mówią sobie wszystko się skończyło
Nie martw się o nic, bo szpak zamyślony
i smutna ziemia w niewidzialnych rękach
orzeszek grabu z skrzydełkiem zielonym
żyrafa co szyją wypatrzy najdalej
wiedzą jak serce nie zabite sercem
koniec - to kłamczuch w świecie nieskończonym
Ubóstwo bowiem to blask wielki z wnętrza
Rainer Maria Rilke  

 Tyś jest ubogi, Tyś jest niezasobny,
Ty jesteś kamień odrzucony w chwast,
Tyś trędowaty wyrzutek nadgrobny,
z kołatką chodzisz pod bramami miast.

 Twoje jest nic, jak wiatr nic nie posiada,
 A Twoją nagość ledwie sława skrywa;
sukienka, jaką sierotka nakłada,
wspanialsza znacznie, bardziej własna bywa.

 Tyś tak ubogi, jak siła nasienia
w dziewczynie, która ukryć by je chciała
i ściska biodra, aby wygnać z ciała
ten pierwszy oddech własnego brzemienia.

 Tyś tak ubogi, jak ten deszcz wiosenny,
co na podmiejskie dachy pada błogo,
i jak chęć, którą więzień bezimienny
żywi w swej celi, bez świata, ubogo.

 Jak chory, który się na bok przewróci
i jest szczęśliwy. Jak ten kwiat bezwiedny,
w wietrze podróży gdy wśród szyn się smuci;
jak ręka, w którą się płacze, tak biedny…

 I czym są ptaszki, co marzną, przy Tobie,
czym jest ten pies, co nie żarł od tygodnia,
i czym przy tobie jest ten żal po sobie,
ten cichy długi smutek zwierząt, co dnia
zamkniętych w klatce, jak zgasła pochodnia?

 I ci ubodzy w przytułkach tajemnych
czym są przy Tobie i Twej wielkiej nędzy?
To małe są kamienie, chociaż między
nimi się miele trochę chlebów ciemnych.

 Ty zaś najgłębszy jesteś niezasobny,
Ty jesteś żebrak z obliczem spod maski;
Tyś jest ubóstwa kwiat wielki, ozdobny.
Tyś jest do wiecznej przemiany podobny,
kędy się złoto zmienia w słońca blaski.

 Tyś jest ów cichy milczący Bezdomny,
który za mało miejsca w świecie miał:
zbyt wielki, ciężki na wszelkie użycia.
Ty jesteś Harfa, wśród Twej burzy wycia
każdy się na niej strzaska, kto by grał.


tłum. Witold Hulewicz

05.10.2014

Rzeczywistość wymaga 
Wisława Szymborska 
 Роман Величко

Rzeczywistość wymaga,
żeby i o tym powiedzieć:
życie toczy się dalej.
Robi to pod Kannami i pod Borodino
i na Kosowym Polu i w Guernice.

Jest stacja benzynowa
na małym placu w Jerycho,
są świeżo malowane
pod Białą Górą ławeczki.
Kursują listy
z Pearl Harbour do Hastings,
przejeżdża wóz meblowy
pod okiem lwa z Cheronei,
a do rozkwitłych sadów w pobliżu Verdun
nadciąga tylko front atmosferyczny.

Tak wiele jest Wszystkiego,
że Nic jest całkiem nieźle zasłonięte.
Z jachtów pod Akcjum
dochodzi muzyka
i na pokładach w słońcu pary tańczą.


Tyle ciągle się dzieje,
że musi dziać się wszędzie.
Gdzie kamień na kamieniu,
tam wózek z lodami
oblężony przez dzieci.

Gdzie Hiroszima
tam znów Hiroszima
i wyrób wielu rzeczy
do codziennego użytku.

Nie bez powabów jest ten straszny świat,
nie bez poranków,
dla których warto się zbudzić.

Na polach Maciejowic
trawa jest zielona
a w trawie, jak to w trawie,
przezroczysta rosa.

Może nie miejsc innych jak pobojowiska,
te jeszcze pamiętane,
te już zapomniane,
lasy brzozowe i lasy cedrowe,
śniegi i piaski, tęczujące bagna
i jary czarnej klęski,
gdzie w nagłej potrzebie
kuca się dziś pod krzaczkiem.

Jaki stąd płynie morał - chyba żaden.
To, co naprawdę płynie, to krew szybko schnąca
i zawsze jakieś rzeki, jakieś chmury.
Na tragicznych przełęczach
wiatr zrywa z głów kapelusze
i nie ma na to rady -
śmieszy nas ten widok.

Róża 
Ian Hamilton 


W miękko okrytym kirem sercu
Tej białej róży, cierpliwe oko,
Oko miłości,
Kim jestem wie, i gdzie bywałem
Dzisiejszej nocy, i co chciałem zrobić.

Przyglądam się tej białej róży
Godzinami, wyobrażając sobie
Że każde drgnienie każdego płatka jest jak oddech
Co koi i ucisza.
Spójrz na nią, rzekłbym
Gdybyś tutaj była: jest znakiem
Tego, co nietrwałe, samotne
I oddane.
Ale cię nie ma, więc powiem, że to mądre:
Cierpliwy oddech, oko, róża
Która otwiera się zbyt łatwo, i umiera.

02.10.2014

 Październik
Marian Ośniałowski

Jak fajerwerk gwałtownie płonący
kolorowe płomienie liści.
0, pilnujcie tych dni już gasnących
zakochani, poeci, artyści.

Nie omińcie tej godziny jesiennej,
- Za oknami liści złoty bal -
Za nim listopad cichy, senny
rozwinie popielaty szal.

Inny mają smak pocałunki,
gdy październik płonie za oknem.
Innej treści nasiąkną trunkiem
w dni listopadem mokre.

Nie omińcie czujni tej godziny
zakochani, poeci, artyści,
gdy najmocniej na dzikim winie
zagra czerwień i w klonu liściach.


z tomiku „Kontrasty”, 1958
             Październik
John Updike
  
Miesiąc jest w kolorze bursztynu
Złoty i brązowy jasno.
Niebieskie duchy dymu
Płyną przez miasto.

Wielki klucz gęsi
Ich krzyk nad głowami,
I klony obracane
Czerwonymi płomieniami.

Mróz podgryza trawnik.
Gwiazdy są pęknięciem
W czarnym oku kota
Przed jego prychnięciem.

Na koniec, małe czarownice
Skrzaty, wiedźmy bajkowe
I piraci uzbrojeni
W torby papierowe.

Ich kostiumy posczepiane
Agrafkami,
Chodźcie straszyć noc
Dyni uśmiechami.

z tomu „A Child's Calendar”, 1999
tłum. z angielskiego Ryszard Mierzejewski

28.09.2014

Długie te nasze jesienie
  Agnieszka Osiecka

Oleg V. Chuvashev
 Pora coś tam ogrodzić, usmażyć,
 wynagrodzić, utulić, pomarzyć,
 pora wrócić do własnych żon
 czernieje klon...

 Pora wrócić do dawnych rachunków
 tych z gazownią i tych z Panem Bogiem,
 pora wrócić do starych frasunków
 już mrozy za progiem...

 Oj, długie te nasze jesienie
 przedpokoje, przedsionki i sienie
 przed zimą ostatnie postoje
 niepokoje, spokoje...

 Czas wyciągnąć obrączki z szuflady,
 być gotowym na ważne narady,
 pora zioła zaparzyć przed snem
 pogwarzyć z psem...

 Pora dziecku powiedzieć, że tata
 zaprowadzi je znowu do szkoły
 wierz mi synku, ty będziesz miał brata
 tak mówią Anioły...

 Oj, długie te nasze jesienie
 przedpokoje, przedsionki i sienie
 przed zimą ostatnie postoje
 niepokoje , spokoje...

 Do spiżarni już pora coś wrzucić
 żal wyżalić i smutki wysmucić
 na sylwestra wykupić bon
 dla żon, dla żon...

 A gdy nazbyt zaboli to wszystko,
 gdy zapłonie i skromność i pycha,
 no to w końcu...do wiosny już blisko
 już blisko, do licha...!

 oj, krótkie te nasze jesienie
 przedpokoje, przedsionki  i sienie
 przed zimą ostatnie postoje
 niepokoje, spokoje...
Jesień
Edward Stachura
 
Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno
jakby godziny istnienia
 

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu
 

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć