Zmarnowana okazja
James
Tate
Słowo siedzi na kuchennym blacie
tuż obok dzbanka ze śmietaną
z niebieskim chabrowym wzorem.
Może zostawił je któryś z gości
w pośpiechu albo jako napiwek za dobrą obsługę
lub pięść wygrażającą jakiejś wyimaginowanej
zniewadze. Albo spadło z sufitu
z kawałkiem starego tynku, słówko,
które podrzucił jakiś przedpotopowy
dobroczyńca. Podniosło się
z podłogi, otrzepało i jakimś cudem
udało mu się wdrapać na kuchenny
kredens. Robi wrażenie
słowa o znacznej sile,
a nawet dużym znaczeniu, ale nie potrafię
zmusić się, aby spojrzeć mu prosto w oczy.
Chabry wskazują na pobliskie
ciasteczka. Można by wezwać
specjalistę, aby rozbroił słowo,
ale jest niedziela i oni jeszcze
śpią albo śpiewają, a poza tym,
słowo najwyraźniej znów samo
się poruszyło i teraz wygląda ciepło
i serdecznie, tętni życiem
i szczerą chęcią zrozumienia mnie.
Wygląda na lekko zakłopotane i zranione,
jakbym to ja... Robię krok w jego stronę,
wyciągam dłoń. – Przyjacielu – mówię,
ale ono się kurczy, odchodzi do swojego
starego schronienia w dobrze znany
zimny mrok ludzkiego parkingu.
przełożyła Barbara Bernhardt

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz