23.01.2014

 Żona ze wzgórza
 Robert Lee Frost
Leon-Jean-Bazille Perrault 

1. Samotność

Mówi ona:
 Człowiek powinien nie musieć tak bardzo
 Przejmować się byle przedmiotem
Jak my — na przykład, gdy ptaki się sfruną
 Pożegnać się przed odlotem,
 Albo gdy pełne tych swoich piosenek
 Z powrotem do nas przylecą;
Bo chodzi o to, że my z tobą zbytnio
 Radujemy się jedną rzeczą,
 A potem zbytnio smucimy się inną.
 Taki ptak — do serca sobie weźmie
Tylko siebie i drugiego ptaka,
 I co dzieje się z gniazdem i w gnieździe.

 2. Strach domowy

Nabrali tego zwyczaju; gdy z dali
 Jakiejś po zmroku do domu wracali —
 Opuszczonego wnętrza nie ożywiał
 Blask lamp i popiół na kominku siwiał —
 Zawsze ruszali parę razy kluczem
 W zamku, by mogło ocknąć się i uciec
 To coś, co tam się kryło; co takiego? — nie wiem;
 I od nocy pod dachem woląc noc pod niebem,
 Nabrali też zwyczaju, by drzwi nie zamykać
 Przed zapaleniem w lampie pierwszego płomyka.

 3. Uśmiech

 Mówi ona:

 Nie podobało mi się to, jak sobie poszedł.
 Ten uśmiech: bez radości — to było najgorsze!
 A jednak się uśmiechał — widziałeś? — ukradkiem!
 Może dlatego, że mu dałeś tylko chleba
 I biedak stąd zrozumiał, że u nas też bieda.
 Może dlatego, że się zadowolił datkiem,
 Zamiast wziąć nam coś siłą — mógł to łatwo zrobić.
 Może się z nas natrząsał, może sobie szydził
 Z naszego ślubu, z naszej młodości (i widział
 Już w myślach nas oboje w starości i w grobie).
 Chciałabym wiedzieć, dokąd zdążył zajść przed zmierzchem.
 Pewnie patrzy z zarośli, z tym swoim uśmieszkiem.

 4. Częsty sen

 Nie miała słów dość mrocznych
 Dla sosny, co nachalnie
Szczękała wciąż zasuwką
 U okna w ich sypialni.

Nieznużenie niezgrabne
 Łapy gałęzi krzywych:
Drzewo, jak wróbel bezradne
 Przed tajemnicą szyby!
 Nie dostało się nigdy do środka:
 A z ich dwojga zaledwie jedno
Męczył częsty sen o tym, co drzewa
 Mogą czynić, gdy już się wedrą.

 5. Impuls

 Zbyt się samotnie czuła i jałowo
 W tej dzikiej głuszy,
Gdzie prócz ich dwojga, bezdzietnych, nie było
 Ni żywej duszy;

 Roboty w domu nie miała zbyt wiele;
 W wolnych godzinach
Szła więc popatrzeć, jak on orze pole
 Lub drzewo ścina.

Na pniu przysiadłszy, bawiła się drzazgą
 Świeżego drewna,
Nucąc piosenkę — o czym? tylko ona
 Mogła być pewna.

 Aż kiedyś weszła głębiej w las — gałązek
 Narwać w olszynie.
Ledwie słyszała, gdy zaczął ją wołać
 Gdzieś po godzinie —

Nie odezwała się — nie było mowy
 Już o powrocie.
Stała przez chwilę, a potem pobiegła
 Między paprocie.

 Nie mógł jej znaleźć, chociaż wszędzie szukał
 I pytał wszędzie,
Wybrał się nawet do jej matki, myśląc:
 Może tam będzie.

 Nagle, bez trudu, lekko prysły więzi,
 Co ich łączyły,
I poznał inne nieodwołalności
 Oprócz mogiły.

 Przełożył
 Stanisław Barańczak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz