16.03.2016

Urszula Kozioł

Traktat o duszy

O własnej duszy da się powiedzieć tyle, że nie jest czarna, ale też nie jest purpurowa czy błękitna, może jest raczej bezbarwna, a nawet przeźroczysta, więc także niewidzialna.
Nie jest ani obła, ani kanciasta, nie ma postaci stożka, kwadratu czy trójkąta. Nie ma kształtu. Może być czymś w rodzaju nici, motka albo struny, kłębka niewidocznego ani gołym okiem, ani okiem uzbrojonym.
Niekiedy daje się wyobrazić jako falująca płaszczka-nie-płaszczka, która kurczy się i rozkurcza w bezustannej systoli i diastoli dającej organizmowi swoisty napęd, zawsze jednak pozostaje niewidocznym, choć zarazem odczuwalnym tchnieniem, jakie owiewa mnie raczej od zewnątrz, niż tkwi w środku mnie, przez co jest, a jednocześnie nie jest; stąd nie tyle posiadam tę duszę, ile ją dzierżawię.
Jawi mi się niekiedy bezbarwnym dymem, jakąś wręcz macką czy ssawką zbiera ze mnie niewidzialnym czerpakiem osad myślenia i czucia, a nawet pogłosy uczynków. Złotą łyżką światła i czarną łyżką mroku miesza to wszystko i przetwarza w tyglu uchodzącego właśnie czasu, i spisuje to sobie własnym, sekretnym alfabetem, na który składają się jakieś kreski, kropki, dziurki i wypukłości A spisuje to nie gdzieś tam w niebiesiech, na wysokościach, ani na wołowej skórze, tylko na moich własnych liniach papilarnych i tuż pod ich skórą, w liniach dłoni.
Sensu tych sekretnych zapisków mogę dociekać i dopatrywać się jedynie we śnie, przez mgły domysłów, chyba że uda mi się niekiedy na wpół świadomie doczołgać do rdzenia własnego, powstającego akurat wiersza.
Wtedy, tak wtedy prawie zgaduję, że tym, co mnie przenika tak dojmująco na wskroś, jest moja dusza lub bodaj mój o niej domysł.

z tomu "Przelotem",

Wyd. Literackie, 2008

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz