Urszula Kozioł
Traktat o duszy
O własnej duszy da się powiedzieć tyle, że nie jest czarna,
ale też nie jest purpurowa czy błękitna, może jest raczej bezbarwna, a nawet
przeźroczysta, więc także niewidzialna.
Nie jest ani obła, ani kanciasta, nie ma postaci stożka,
kwadratu czy trójkąta. Nie ma kształtu. Może być czymś w rodzaju nici, motka
albo struny, kłębka niewidocznego ani gołym okiem, ani okiem uzbrojonym.
Niekiedy daje się wyobrazić jako falująca
płaszczka-nie-płaszczka, która kurczy się i rozkurcza w bezustannej systoli i
diastoli dającej organizmowi swoisty napęd, zawsze jednak pozostaje
niewidocznym, choć zarazem odczuwalnym tchnieniem, jakie owiewa mnie raczej od
zewnątrz, niż tkwi w środku mnie, przez co jest, a jednocześnie nie jest; stąd
nie tyle posiadam tę duszę, ile ją dzierżawię.
Jawi mi się niekiedy bezbarwnym dymem, jakąś wręcz macką
czy ssawką zbiera ze mnie niewidzialnym czerpakiem osad myślenia i czucia, a
nawet pogłosy uczynków. Złotą łyżką światła i czarną łyżką mroku miesza to
wszystko i przetwarza w tyglu uchodzącego właśnie czasu, i spisuje to sobie
własnym, sekretnym alfabetem, na który składają się jakieś kreski, kropki,
dziurki i wypukłości A spisuje to nie gdzieś tam w niebiesiech, na
wysokościach, ani na wołowej skórze, tylko na moich własnych liniach
papilarnych i tuż pod ich skórą, w liniach dłoni.
Sensu tych sekretnych zapisków mogę dociekać i dopatrywać
się jedynie we śnie, przez mgły domysłów, chyba że uda mi się niekiedy na wpół
świadomie doczołgać do rdzenia własnego, powstającego akurat wiersza.
Wtedy, tak wtedy prawie zgaduję, że tym, co mnie przenika
tak dojmująco na wskroś, jest moja dusza lub bodaj mój o niej domysł.
z tomu "Przelotem",
Wyd. Literackie, 2008

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz