J e s i e ń
Maria Jasnorzewska Pawlikowska
Gąszcz złotoblady
jak zeschły wieniec dębowy,
jak
stos listów pełnych miłości i zdrady,
o których już nie ma mowy.
Obręcze
gałęzi płowych
wiążą się w koszyk złoty
Tam sarny wstają z klęczek, tu
szeleszczą sowy
i wiewiórki wyskakują jak z groty.
Orzechy potrójne
zwisają jak z półek,
słońce jak driada przemyka się schylone,
a fauny
wabią w tę i w tę stronę,
naśladując głosy kukułek.
Na niespodzianej i
okrągłej łące
stanęła sama jesień w amazonce czarnej,
w woalce bladej
i
wsparta na klaczy swej złotogniadcj,
oczami zranionej sarny
patrzy na
liście lecące
Zdejmuje złoty trykom, patrzy na zegarek
wstrząsa obcięte
włosy, malowane henną,
i zaciska powieki fiołkowe i stare
i płacze rosą
jesienną.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz