Lina Kostenko
* * *
Boję się ckliwych koleżanek
ględzących samotników,
lektorów, którym czoła
od tłustych fałd się marszczą,
i mędrców oryginalnych
jak dwumian odkryty na nowo.
Na Boga!
Zbędnymi słowami
sypią mi w oczy jak kaszą.
Kasza się lepi we włosach,
dostaje za kołnierz,
załazi w szpary ubrania,
wciska się nawet do butów
i nieznośnie uwiera w stopy.
Zlatują się wróble-minuty.
Dziobią mnie w ciemię, w serce,
skaczą z ramienia na ramię.
Wtulam głowę w sukienkę, zasłaniam się dłońmi.
Lecz one wpychają dzioby pomiędzy palce,
kłują mnie w ciemię, w mózg, w potylicę.
Drepczą po plecach. Rozcapierzywszy skrzydła
naskakują na siebie wzajem i ostro się skubią.
I wreszcie ociężałe, słowami nasyciwszy,
odfruwają.
Powoli się prostuję.
Ale nade mną długo jeszcze
w kurzawie kaszy polatuje wróbli puch.
A w nocy śnią mi się koszmary.
Przechodzę niby to między dwoma rzędami pękatych worków
i ledwo musnę palcem którykolwiek worek,
z dziur bryzga kasza,
kasza,
kasza!
I już jest po kostki, po kolana, po ramiona.
Już nie ma czym oddychać.
A w górze na gałęzi
tkwi nieśmiertelny Feniks czasu
i w sypki piasek kaszy roni łzy.
Z tej kaszy można zrobić krupnik
i ugotować ją do mięsa.
Ale nie można jej zasiać do ziemi,
bo nie zamachnie się tam na ciemnotę
zieloną szablą wzrostu.
tłum. z ukraińskiego Józef Waczków

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz