Wisława Szymborska
czwarta rocznica śmierci [*]*
Cebula
Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebulą,
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.
W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi itympodobna.
Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.
Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas - tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.
*W czwartą rocznicę śmierci poetki rozmowa z Michałem Rusinkiem.
Dla każdego noblisty nagroda to nieomal "pocałunek
śmierci", bardzo trudno po nim pisać. Ona zamilkła na kilka lat. W czwartą
rocznicę śmierci poetki rozmawiamy z Michałem Rusinkiem.
Może Pan powiedzieć, że dobrze znał Szymborską?
Nie jestem pewien, czy ktokolwiek mógłby na to pytanie
odpowiedzieć. Była nieprzewidywalna w swoich decyzjach i w jakimś sensie pełna
sprzeczności. Inną twarz pokazywała na zewnątrz, inna była sama dla siebie. Ale
tego jaka, nie wie pewnie nikt. W jednym wierszu jest taka przejmująca fraza:
„umiem ułożyć rysy twarzy, by smutku nikt nie zauważył”. Zresztą sama mówiła,
że jeśli jest w złej formie, nikomu się nie pokazuje. Żeby ją dobrze poznać,
przede wszystkim trzeba czytać jej wiersze. Książki takie jak moja mogą w tym
zaledwie nieco pomóc. Ona sama powtarzała, że to, co ma ważnego do przekazania,
mówi językiem poezji.
Początkowo uważał Pan poezję Wisławy Szymborskiej za
kobiecą?
To były czasy licealne, czasy buzujących hormonów, gdy
kwestie genderowe są dla nas absolutnie podstawowe. Przecież wykluwającemu się
mężczyźnie nie wypada się zajmować czymkolwiek, co kobiece, nieprawdaż? Co
pomyśleliby o nim inni wykluwający się mężczyźni? Wtedy zdecydowanie bardziej
przekonywał mnie Miłosz czy Herbert, Herbert nawet bardziej, bo Miłosz był
bardziej wymagający intelektualnie. Szymborską miałem niedoczytaną, znałem
kilka wierszy ze szkoły. I nagle, gdy do niej przypadkiem zajrzałem, okazało
się, że te wiersze mówiły nie tylko do mnie, ale i o mnie. Nie chcę powiedzieć,
jak twierdzą niektórzy interpretatorzy, że poezja ta pozbawiona jest płci.
Pisana jest raczej z perspektywy bardziej ogólnej niż ta, którą wyznacza płeć.
Wtedy postanowił się Pan z Szymborską „ożenić”?
W cudzysłowie, oczywiście, ale tak! Zresztą wszyscy
uczestnicy tego spotkania mieli podobne odczucia. Bez względu na płeć..
Szymborską było bardzo trudno zakwalifikować w kategoriach rodzinnych, nie była
ani jak ciocia, ani jak babcia, często bardziej jak koleżanka. Budowała wokół
siebie taką aurę, że wiele osób chciałoby mieć kogoś takiego w rodzinie.
Jak to się stało, że został Pan „pierwszym sekretarzem”?
Myślała o kimś do pomocy przy administracyjno- korespondencyjnej
pracy jeszcze przed Noblem, już wtedy ją to męczyło. To, co stało się po
przyznaniu nagrody, przypominało lawinę. To był moment, kiedy nie była jeszcze
popularna korespondencja elektroniczna, funkcjonowały wciąż faksy, ale głównie
przychodziły do niej listy papierowe. Po powrocie z Zakopanego, gdzie spadła na
nią wiadomość o przyznaniu Nobla, zastała zatkaną skrzynkę pocztową i
listonosza, który przynosił worki kolejnych listów. Wyglądało to dość
przerażająco. Dlatego poprosiła kilkoro przyjaciół o wskazanie kogoś, kto
mógłby pełnić rolę sekretarza, stać w kolejce na poczcie, odpowiadać na listy i
telefony czy organizować spotkania.
Była zdumiona ogromem swojej popularności. Zawsze pytała,
czy w okolicy jest jakiś mecz, bo nie wierzyła, że ludzie idą na jej spotkanie
autorskie
Newsweek: Wtedy drugi raz został Pan przedstawiony?
Szymborska miała w mieszkaniu kontakt zastawiony
meblościanką, a jej telefon dzwonił o każdej porze dnia i nie było go jak
wyłączyć. Sama kładła czasem na niego poduszkę, by nie słyszeć jak dzwoni w
nocy. Gdy zjawiłem się w domu, zastałem ją chodzącą po mieszkaniu z rozwianym
włosem i papierosem, który miał już długi słupek z popiołu. Jakoś trzeba było
nad tym chaosem zapanować. Każdy powinien mieć swój mit założycielski, dla mnie
tym mitem było przecięcie kabla telefonicznego. Z czasem założyłem automatyczną
sekretarkę, która moim groźnym głosem odstraszała dzwoniących.
Co się działo w głowie młodego studenta polonistyki, który
zostaje sekretarzem wielkiej poetki?
Bardzo lubię rzucać się na głęboką wodę, nie bardzo umiejąc
pływać. To stosunkowo rzadka funkcja, niewielu pisarzy ma swoich sekretarzy, a
każdy robi co innego, w zależności od gatunku, jaki pisarz uprawia. Szymborska
potrzebowała kogoś, kto rozepnie pewien rodzaj parawanu wokół niej i pozwoli
wrócić do normalności, pracy i pisania. Trochę uciekam od odpowiedzi na pytanie
o emocje, nie chciałbym się sam psychoanalizować, ale pamiętam jedną
wątpliwość, która się pojawiła mimo chęci do skoku na głęboką wodę. Mianowicie
w dzieciństwie bardzo bałem się telefonu, który miała moja babcia w Zakopanem,
był to dla mnie czarny ebonitowy przedmiot, który co jakiś czas wydawał z
siebie bardzo niepokojące dźwięki. Jako dziecko bałem się podnosić słuchawkę.
Musiałem to jakoś przepracować.
Wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej, autor książki
Rafał Guz, PAP
Wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej, autor książki
"Nic zwyczajnego".
Początki pracy były trudne?
Pamiętam nasz pierwszy dialog, który przeprowadziliśmy. Zapytała,
co mam zamiar zrobić z telefonem, skoro już przeciąłem kabel. Powiedziałem, że
teraz będzie z niego relikwia. Przez chwilę była zdezorientowana, nie
wiedziała, czy mówię na poważnie. Ale szybko wybuchnęła śmiechem. Nie mogłaby
pracować z kimś, kto go nie miał, sama lubiła humor brytyjski, trochę
absurdalny. Zauważyłem szybko, że nie lubi, podobnie zresztą jak Miłosz, small
talków, nazywała je pustymi kaloriami. Lubiła niezobowiązującą rozmowę, ale
taką, która będzie o czymś.
Zdarzały się w pracy momenty monotonii?
To była praca nie do przewidzenia, trudno mówić o niej w
kategoriach roboczogodzin czy dniówek. Zwykle Szymborska dzwoniła o 10 rano, bo
uważała, że wcześniej nie wypada, chyba żeby się paliło i waliło. Ustalaliśmy
wówczas, o której miałem do niej przyjść. Robiłem to albo zaraz, bo mieszkałem
niedaleko, albo po południu i robiliśmy coś, co nazywała „szuraniem papierami”.
Jeżeli przychodziła korespondencja, np. jakaś szkoła podstawowa postanowiła
przyjąć imię Szymborskiej, miałem zgodę, żeby odmawiać. Jeśli zaproszenia na
tłoczny festiwal literacki - podobnie. Ale o większości spraw decydowała sama.
Większość listów dyktowała. Właściwie za każdym razem robiliśmy coś innego. Nie
pamiętam, żeby wkradła się w naszą pracę rutyna albo znużenie.
Pewnie nie przy pudle z podpisem „świry”.
Niestety, taką teczkę - a potem pudło - także musieliśmy
założyć. Lądowały w nim przeróżne rzeczy, np. pytania, czy nie chciałaby
zaistnieć na drzewcu do chorągwi, ekstrawagancka propozycja... Był tam też list
od pewnego Niemca, który pisał, że chciałby jej przekazać w testamencie cały
swój majątek. Odpisała, że ma już wystarczająco dużo kłopotu z milionem dolarów
za Nobla i podziękowała. Potem prześledziłem historię tego mężczyzny, okazało
się, że innym znanym osobistościom na świecie także przedstawiał podobne
propozycje. W „świrach” lądowały także różnego rodzaju propozycje literackie,
jak ta od pewnej pani sugerującej, że chętnie napisze Szymborskiej wykład
noblowski, gdyby sama nie miała czasu.
Była typem samotnika?
Absolutnie. Nawet kiedy była związana z Kornelem
Filipowiczem, miłością swojego życia, mieszkali osobno. Mawiała, „jakby to
wyglądało, gdyby w mieszkaniu stukały dwie maszyny do pisania”, choć oczywiście
nie o to chodziło. Raczej o samotność, której potrzebowali do pracy. Choć
zawsze powtarzała, że czym innym jest samotność, czym innym osamotnienie.
Szymborska nigdy nie czuła się samotna, miała przyjaciół, znajomych, prowadziła
bardzo bujne życie towarzyskie.
Szczególnie po „noblowskiej tragedii”?
Szymborska nie jest autorką tego powiedzenia, wymyślił je
Bronisław Maj. Ale coś w tym jest, że przyznanie Nagrody Nobla faktycznie było
rodzajem trzęsienia ziemi. Była przyzwyczajona do kameralnego trybu życia,
nierozpoznawalności, aż tu nagle - koniec. Dla każdego noblisty nagroda to
nieomal "pocałunek śmierci", bardzo trudno po nim pisać. Ona zamilkła
na kilka lat. Jednym z najbardziej wzruszających dla mnie momentów było
wręczenie mi do przepisania dwóch pierwszych wierszy po Noblu. Dwóch, bo
stwierdziła, że na jeden rzucą się krytycy, gdy przy dwóch ta krytyka może się
jakoś rozłoży.
Przyznanie Nagrody Nobla faktycznie było rodzajem trzęsienia
ziemi. Była przyzwyczajona do kameralnego trybu życia, nierozpoznawalności, aż
tu nagle - koniec
Miała świadomość, jak
wpływa na poezję w ogóle?
Trudno powiedzieć, nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Ale
była raczej zdumiona ogromem swojej popularności, objawiającym się chociażby
tłumami na spotkaniach autorskich. Zawsze pytała, czy w okolicy jest jakiś
mecz, bo nie wierzyła, że ludzie idą właśnie na jej spotkanie. Ale myślę, że
najbardziej cieszyła ją przekładalność wierszy, to że są czytane i rozumiane za
granicą. Było dla niej ogromnie istotne, by dowartościować tłumaczy, z tego
powodu zwykle godziła się na wywiady dla zagranicznej prasy.
Dlaczego napisał Pan „Nic zwyczajnego”?
Sam zadaję sobie to pytanie. Zmusił mnie do tego redaktor
Jerzy Illg, znany ze zdolności perswazyjnych... Zorientowałem się też, że
wprawdzie dużo o Szymborskiej mówię, ale zaczynam zapominać. Poza tym, faksy
zaczęły blaknąć i potraktowałem to jekoś symbolicznie, jako memento. Dotarło do
mnie jeszcze coś, już po napisaniu książki: po śmierci Szymborskiej nie
przeżyłem żałoby. Pomyślałem, że to może przez to, że od razu, zgodnie z jej
wolą, zająłem się tworzeniem fundacji i kontynuowaniem tego, co robiłem za jej
życia. Dopiero napisanie książki i pozwoliło mi tę żałobę przeżyć. Jej pisanie
dużo mnie kosztowało. I może to zabrzmi jak frazes, ale tę książkę w dużej
mierze napisałem sam dla siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz